wtorek, 13 lutego 2018

Wierna kopia

 Tekst betowała niezastąpiona strzalka14 :*



Pogoda była piękna. Słońce świeciło, ogrzewając go swoimi ciepłymi promieniami. Dookoła biegały dzieci, bawiąc się i śmiejąc radośnie. Czerpiąc całymi garściami z ostatnich ciepłych, jesiennych dni. To jednak nie miało znaczenia. Nie interesowało go czy jest wiosna, zima, czy środek lata i czy wygląda w swoim nowym płaszczu jak pedofil stojący pośrodku parku. Nie miało znaczenia, czy świeciło słońce, czy padał deszcz. Zapewne nie zauważyłby nawet, gdyby sypał śnieg i siedziałby na ławce, zasypany nim po szyję. Ani tego, że bawiące się wokół niego dzieci z niewiadomych powodów i przyczyn zmieniłyby się nagle w wygłodniałe, krwiożercze zombie. Biorąc pod uwagę jego stan emocjonalny, nie zwróciłby uwagi nawet na to, gdyby właśnie jeden z tych potworków zaczął przeżuwać jego łydkę. Był na to zbyt przerażony. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz stresował się i bał tak bardzo, że był na skraju ataku paniki. Chyba kilka miesięcy temu, gdy po raz pierwszy wpadł na Dereka. Dosłownie wpadł.

To było prawie na samym początku roku. Wchodząc do sklepu z elektroniką, nie zauważył stopnia, o który naturalnie musiał się potknąć i polecieć na bogu ducha winnego sprzedawcę. I o zgrozo! Tym sprzedawcą oczywiście i z pełnym przekonaniem musiał być nikt inny, jak najbardziej gorący facet, stąpający po tej części globu. Brunet, umięśniony gdzie trzeba, z szeroką klatą, rozpychającą służbową, granatową koszulkę z logiem sklepu. Idealnie przystrzyżony zarost wręcz krzyczał do Stilesa, że jej właściciel jest niegrzecznym, gorącym ciachem, a nie niedbałym jaskiniowcem, któremu nie chciało się sięgnąć po maszynkę do golenia. Do tego mężczyzna miał oczy o niezidentyfikowanym zielono-niebieskim kolorze, które zdawały się zmieniać barwę w zależności od kąta padania światła. Podsumowując wyglądał jak sex na dwóch nogach. Mokry sen każdego geja. Albo obiekt wielomiesięcznych westchnień Stilesa Stilinskiego. Czyli Derek Hale we własnej osobie.

Nie wiedział jak długo wtedy wisiał na mężczyźnie, otoczony jego ramionami, trzymając się kurczowo materiału koszulki oraz czując pod palcami te idealne mięśnie i gapiąc się na niego niczym sroka w gnat. Nie miało znaczenia, że ludzie dziwnie im się przyglądali, podczas gdy oni stali zawieszeni w czasie, wpatrując się w siebie nawzajem. A później Derek się do niego uśmiechnął i powiedział "cześć", sprawiając, że świat Stilesa zatrząsł się w posadach, nabierając nagle jaskrawych barw i tonąc w słodkim śpiewie ptaków, zapachu kwiatów i latających wszędzie dookoła serduszek. Nie pamiętał, co wtedy powiedział, ani tego, co mu odpowiedział Derek. Ważne było tylko to, że zdecydowali się spotkać po pracy Hale'a i wspólnie wyjść do kina na ich pierwszą randkę. A później przyszła kolejna i kolejna. Nadeszły pierwsze pocałunki i dotyk. Spędzona wspólnie noc. Pierwszy wspólny poranek. Pierwsze kłótnie i pojednania. Słowa "Kocham cię" wyszeptane tuż przed snem i "Ja ciebie też" z nad kubka porannej kawy.

A teraz byli razem. Od kilku miesięcy byli parą.

Nie miał pojęcia jak to się stało. Czy zawdzięczał to jakimś siłom wyższym, bogom Asgardu, Shivie, Afrodycie, Amorowi, czy innemu bóstwu? A może własnemu szczęściu, zwierzęcemu magnetyzmowi i feromonom? Nie miało to dla niego znaczenia. Najważniejszy był fakt, że Derek pragnął spędzić z nim przyszłość i tego dnia zamierzał uczynić pierwszy krok w tym kierunku. A mianowicie chciał przedstawić mu niespełna półtora-rocznego siostrzeńca, którego zaadoptował po śmierci swojej starszej siostry Laury.

Stiles był zdenerwowany. Trząsł się jak w febrze, niemal szczękając zębami. Co rusz zaciskał i rozluźniał dłonie na szaro-białym futerku, niedużego, pluszowego wilka z czerwoną kokardą, którego wybrał spośród innych zabawek i pluszaków specjalnie na ich pierwsze spotkanie, chcąc w pewien sposób przekonać do siebie malca. I choć wiedział, że to przekupstwo, to nie mógł postąpić inaczej. Podświadomie czuł, że tak właśnie powinien się zachować.

Wziął głęboki, przerywany wdech i rozejrzał się dookoła. Dzieci nadal się bawiły, robiąc przy tym dużo hałasu i rozgardiaszu, jakby na przekór proszącym i upominającym je rodzicom. Ścieżkami spacerowały młodsze i starsze pary, trzymając się za dłonie lub pod ręce. Kawałek dalej widział nastolatka bawiącego się frisbee ze swoim kudłatym czworonogiem i kobietę uprawiającą jogging ze słuchawkami w uszach.

Wtedy go zauważył.

Derek szedł w jego stronę swoim zwyczajowym, pewnym siebie krokiem. Jeansy jak zwykle idealnie opinały jego wyćwiczone uda, a ulubiona, czarna, skórzana kurtka zarzucona była na jego szerokie ramiona. Tym razem jednak jej poły były szeroko rozchylone, ukazując śnieżnobiałą koszulkę i czarną chustę, w której siedziało dziecko, rozglądając się ciekawie dookoła, energicznie kręcąc głową na boki.

Stiles uśmiechnął się szeroko na ich widok, całkowicie zapominając o wcześniejszym przerażeniu i niepewności. Wyglądali razem wspaniale. Derekowi pasowało dziecko. A to jak asekuracyjnie i opiekuńczo przytrzymywał malca, sprawiało, że miał ochotę westchnąć z maślanym uśmiechem na ustach, oczami wielkimi i mokrymi jak kot ze Shreka i nogami słabymi i drżącymi jak galareta. I nie tylko on tak reagował na widok Dereka sądząc po oglądających się za nim kobietami, rumieńcach i cichych chichotach nastolatek.

- Cześć - powiedział, nie przerywając uśmiechu.

- Cześć. – Derek cmoknął go w usta. - Mam nadzieję, że nie czekałeś zbyt długo. Noah wybudził się z drzemki na kilka minut przed wyjściem i nie bardzo chciał pozwolić się ubrać na spacer.

- Nie, dopiero przyszedłem. Cześć kolego. - Nachylił się, chcąc być na wysokości dziecka, by nie patrzeć na niego z góry. Gdzieś usłyszał, że dzieci bardzo tego nie lubią. - Masz na imię Noah, tak? Ja jestem Stiles. - Pomachał mu, na co buźka malca tylko się wykrzywiła w niezadowoleniu.

Stiles zamrugał kilkakrotnie i zagryzł wargi, hamując cisnący mu się na usta śmiech. Bujne brwi malca były zmarszczone, niemal stykając się nad małym noskiem, wyrażając tym samym swoje niezadowolenie. A co było w tym zabawne, to to, że Stiles doskonale znał ten wyraz twarzy. Derek robił identyczną minę, gdy coś mu nie pasowało, czegoś nie rozumiał, nudził się lub był zirytowany. Czyli przez jakieś siedemdziesiąt procent czasu.

Zagryzł wnętrze policzka, starając się w ten sposób zwalczyć rozbawienie. Odetchnął głębiej, po czym ponownie spojrzał na malca, tym razem z udawanym przestrachem.

- Cóż to za przerażająca mina. - Złapał się za policzki, uprzednio upychając maskotkę pod pachę.- Chyba się boję.

Derek przewrócił oczami na jego błazenadę, nie mógł jednak ukryć błąkającego mu się na ustach uśmiechu, co tylko ogrzało serce Stilesa.

- Jesteś straszny. A wiesz, co jest jeszcze straszne? - Stiles zapytał szeptem, odrobinę bliżej nachylając się w stronę dziecka. - Wilki. - Podniósł się, demonstrując przed sobą, przyniesiony prezent.

Oczy Noah rozszerzyły się na widok zabawki. Wyciągnął rączkę i dotknął paluszkami maskotki, po czym szybko zabrał łapkę i spojrzał na ojca. - Auu - wydał z siebie dźwięk, błądząc spojrzeniem między Derekiem a wilkiem, jakby o coś prosząc. I tak musiało być w istocie, bo po tym jak Derek skinął malcowi głową, ten wyciągnął rączki po zabawkę. - Auuuuu - zawołał, domagając się maskotki z proszącą miną. Stiles pochylił się i podał mu ją bez słowa, bynajmniej niezaskoczony, że zwierzak został mu niemal siłą wyrwany z ręki. Noah szybko przytulił maskotkę do siebie, wciskając ją między siebie, a brzuch Dereka, po czym znowu się obrócił ze skrzywioną miną, na której widok Stiles chciał westchnąć z frustracji. Dziecko przyglądało mu się przez chwilę ze zmarszczonymi brwiami, jakby go oceniało, po czym o dziwo, mała buzia się wypogodziła. Drobne, wąskie usteczka rozciągnęły się w uśmiechu, pokazując szczerbaty uśmiech, w którym przodowały dwie, olbrzymie, królicze jedynki, na których widok Stiles nie mógł się nie uśmiechnąć.

Noah zaczął coś mówić w sobie tylko znanym języku, po czym poklepał go z czułością po policzku, na co Stiles odetchnął z ulgą. Podobnie zresztą jak Derek, którego postawa jakby diametralnie ulegała zmianie i rozluźnieniu.

- Jesteś taki przekupny - westchnął Derek, kręcąc głową, na co Stiles wyszczerzył się szeroko.

- Tym lepiej dla mnie. - Wyprostował się i podszedł bliżej do kochanka. - Chyba zostałem
zaakceptowany. - Spojrzał w dół, gdzie jedna z małych rączek uczepiła się kurczowo rękawa jego płaszcza.

- Auuuu - zawył Noah.

- Chyba raczej powinieneś rzec, że zostałeś przyjęty do watahy.

- W rzeczy samej.

____________________________________________________________________

 Inspiracją do napisania tego testu był ten obrazek :D





poniedziałek, 5 lutego 2018

Na chwilę przed świtem

Tekst betowała strzalka14, za co bardzo jej dziękuję :***


Derek zawsze uważał, że rezerwat nocą był piękny. Przejmująca cisza, przerywana jedynie od czasu do czasu szelestem liści poruszanych przez wiatr. Tupot łapek małych ssaków, umykających w popłochu przed drapieżnikiem, jakim był alfa w swojej wilczej postaci. Słodki, obezwładniający zapach magii w powietrzu, wabiący go i nawołujący. Nalegający do porzucenia wyznaczonego celu i podążenia za jego wonią, wprost w ramiona postaci równie niebezpiecznej, co on sam, jeśli nie jeszcze potężniejszej.

Dlatego nie dawał się zwieść. Biegł pewnie, nie oglądając się dookoła. Podążał dobrze znaną ścieżką, nie zbaczając z niej nawet na chwilę, pomimo pokus lasu. Nie oglądał się za jedwabistym pięknem zjawy. Niemal przezroczystą postacią kobiety o pięknych kształtach, długich, błyszczących włosach, srebrzących się w świetle księżyca niczym delikatne nici pajęczyny. Nie zważał na stojącą mu na drodze postać dorodnej łani, tylko czekającej na to, aż wbije w nią swoje wilcze kły. Czy na śpiew leśnej nimfy, ubolewającej nad stratą ukochanego.

Rezerwat nie potrafił go skusić swoimi sztuczkami i obietnicami zaspokojenia najskrytszych męskich i wilczych potrzeb. Był bezsilny wobec determinacji i niezłomnej siły alfy, podążającego wprost do wyznaczonego celu.

Noc zbliżała się ku schyłkowi. Derek potrafił to wyczuć pomimo tego, że w gęstwinie drzew nie był w stanie dostrzec coraz bardziej szarzejącego nieba na wschodzie. Zapach otaczającej go magii zdawał się słabnąć z każdą kolejną sekundą, z każdym uderzeniem łap o miękkie, leśne poszycie. Nocne stworzenia zaczęły chować się w swoich kryjówkach, uciekając przed zabójczymi dla nich promieniami wschodzącego słońca. Ich syki złości i złorzeczenia pod jego adresem docierały do wrażliwych, wilczych uszu, sprawiając, że sierść na jego grzbiecie mimowolnie się jeżyła, a w gardle narastał głuchy warkot. Lecz nie obejrzał się za nimi nawet na chwilę. Nie zwalniał biegu. Nie tracił czasu na bezsensowne spory, przepychanki, czy manifestacje siły. Miał cel, do którego dążył i nie mógł się spóźnić. Nie mógł stracić ani sekundy.

Biegł, wymijając pokryte mchem kamienie i powalone pnie drzew, na których na powrót rozkwitało życie. Biegł, nie zważając na przyjemność, jaką był bieg sam w sobie. Na delikatne palce wiatru, przeczesujące jego gęste, czarne futro. Czy nawet na wolność i radość płynącą z używania czterech łap zamiast dwóch, nieprzystosowanych do tych warunków nóg. Biegł coraz szybciej i szybciej, dostrzegając prześwit między drzewami, oznaczający kraniec jego drogi. Jego cel.

Polana wyglądała tak, jak zawsze. Wielka połać trawy, z potężnym pniem Nemetonu na środku. Jedyną różnicę stanowiła samotna postać odwrócona twarzą w kierunku wschodzącego słońca, gdzie na niebie pojawiały się pierwsze barwne łuki, zwiastujące nadejście nowego dnia.

Derek ruszył w jej stronę. Z każdym metrem powracając do swojej prawdziwej postaci. Ciemne futro wchłonęło się, pozostawiając po sobie nagą skórę. Wilcze pazury i kły cofnęły się, zamieniając w ludzkie paznokcie i zęby. Łapy zastąpiły ręce i nogi. Z każdym kolejnym krokiem znajdował się coraz bliżej postaci. Dostrzegał ją już wyraźnie. Młody, szczupły mężczyzna ubrany w czarne, luźne, materiałowe spodnie i białą, prawie prześwitującą koszulę, z niezapiętymi górnymi guzikami. Jego ubranie i brązowe włosy targane były przez wiatr. Mężczyzna stał boso, w wilgotnym mchu, lecz nie trząsł się z zimna, skupiony całkowicie na widoku wschodzącego słońca.

- Stiles - wyszeptał Derek, a postać drgnęła i spojrzała w jego stronę, ukazując dobrze mu znaną twarz z dużymi, orzechowymi oczami i pełnymi, różowymi wargami, które rozciągnęły się w uśmiechu na jego widok.

- Derek. Przyszedłeś. - Szatyn odwrócił się. Nie zrobił jednak ni kroku. Stał w miejscu, tuż przy ogromnym pniu, na jednym z jego korzeni, ukrytych pod miękką poduszką z ziemi mchu i traw.

- Obiecałem, że będę. Zawsze przychodzę.

- Wiem. Ale mimo to mam wrażenie, że nadejdzie wreszcie dzień, w którym już cię nie zobaczę. W którym uznasz, że to nie jest warte ryzyka. Zdecydujesz, że czas poddać się i zapomnieć.

- To się nigdy nie stanie. - Podszedł do Stilesa i zatrzymał się tuż przed nim. Nie dotknął go jednak. Nigdy go nie dotykał. Nie przed wschodem słońca, gdy musieli się rozstać. Nie przed pożegnaniem i obietnicą, że spotkają się ponownie kolejnego dnia. I kolejnego i kolejnego. Że będą tu zawsze na siebie czekać. Aż do dnia, gdy wreszcie będą mogli być na powrót razem. Tak jak wtedy. Zanim to wszystko się wydarzyło.

- Derek, nie rób takiej miny. Nie myśl o tym.

- Wcale o tym nie myślę - zaprzeczył.

- Właśnie, że tak. Marszczysz brwi, do tego masz ten dziwny wyraz twarzy, jakbyś był po botoksie i nie mógł nią ruszać.

- Zawsze mam taki wyraz twarzy.

- Dlatego wiem, że cały czas o tym myślisz. - Derek uśmiechnął się i pokręcił głową, nie mając sił kłócić się ze Stilesową logiką. - O. Widzisz? I niech tak zostanie. Lubię, gdy się śmiejesz. Powinieneś zdecydowanie więcej się uśmiechać. Pasuje ci to dużo bardziej niż ta bezosobowa maska, którą nosisz na co dzień.

Derek westchnął, zamykając oczy, po czym ponownie spojrzał na towarzysza. - Uśmiechałem się, kiedy byłeś ze mną, teraz nie mam powodu. - Ból i smutek na jego twarzy były odzwierciedleniem emocji malujących się na obliczu szatyna.

- Derek, nie mów tak. Zawsze znajdzie się coś, co daje choć namiastkę szczęścia i radości. Nie ważne, czy to będzie kawałek twojego ulubionego ciasta czekoladowego, wspólny, sobotni seans filmowy z watahą, czy niedzielny obiad z moim ojcem. Ze wszystkiego można czerpać radość.

- Nie, gdy ciebie tam nie ma. Nie, gdy wstając rano z łóżka i nie słyszę twojej krzątaniny. Nie, gdy odwracając wzrok, chcąc zapytać cię o zdanie, napotykam puste krzesło, a potrzebując twojego ciepła i pocieszenia, zastaję jedynie puste łóżko, zimno pościeli i samotny sen bez snów. Nie, gdy ostatnim widokiem przed zaśnięciem jest nasze uśmiechnięte wspólne zdjęcie zamiast twojej uśmiechniętej twarzy. Nie, gdy zostałem całkiem sam, pozbawiony swojego serca. Pozbawiony ciebie.

- Derek. - Łzy spływały po bladych policzkach Stilesa, na jego podbródek, tylko po to, żeby opaść na wilgotny mech koło Nemetonu. Derek zastanawiał się jak wiele łez i ludzkich cierpień widziało to drzewo. Jak wiele bólu i rozpaczy. Marzeń i nadziei.

- Derek. - Stiles powtórzył jego imię, spoglądając na niego z tak wielkim bólem i bezgraniczną miłością, że gdyby serce Dereka nie zostało już dawno żywcem wyrwane z jego piersi i zmiażdżone, z pewnością ścisnęłoby się na ten widok. - Co chcesz, żebym ci powiedział? Co chcesz, żebym zrobił? Powiedz. Powiedz, co mogę zrobić, a to uczynię. Zrobię wszystko, co w mojej mocy tylko powiedz.

- Nic. - Derek spuścił wzrok, walcząc ze łzami i bezsilnością. Bo on, alfa, nie mógł uczynić nic, żeby sprowadzić Stilesa z powrotem do domu. Nie był w stanie obronić jedynej cennej w jego życiu osoby. Podobnie jak nie był w stanie obronić swojej rodziny. Pozwolił na to, żeby wydarto mu ukochanego siłą. Zabrano daleko od niego. Pozostawiając mu tylko te ulotne chwile przed świtem. Te minuty zanim noc zostanie zastąpiona przez dzień, dając ludziom radość, a jemu ból i tęsknotę za tym, co znajdowało się już poza jego zasięgiem.

- Derek, już czas. - Te trzy słowa przeszły przez Dereka, mrożąc mu krew w żyłach. Podniósł wzrok na szatyna, po czym podążył za jego spojrzeniem na wschód, gdzie granat i szarość nocy całkowicie ustąpiły miejsca ciepłym barwom wschodzącego słońca, które nieśmiało wychylało się zza horyzontu. Cichego, powolnego zabójcy, odbierającego mu po raz kolejny to, co było w jego życiu najważniejsze.

- Stiles - wydusił przez ściśnięte gardło, odwracając się szybko w jego stronę. Młodszy mężczyzna uśmiechnął się lekko, z czułością, nie zważając na terror i przerażenie malujące się na twarzy Dereka.

- Muszę już iść.

- Nie, proszę nie.

- Wybacz, ale nie mogę dłużej zostać.

- Stiles, proszę nie odchodź. - Łzy spłynęły po jego policzkach.

- Jutro też będę czekał. Zawsze będę na ciebie czekał.

- Stiles. Nie. - Wyciągnął dłoń, chcąc go złapać, zatrzymać, lecz w momencie, gdy jego palce zaledwie musnęły skórę Stilesa, ten zniknął. Jego postać pękła, zamieniając się w błyszczące, złociste drobiny, które porwał wiatr wprost w ciemną ścianę lasu.

Derek zacisnął zęby i skulił się, przyciskając pięść do piersi. Jego silne ciało trzęsło się niczym wiotka gałązka na wietrze od powstrzymywanego szlochu. Padł na kolana i zaczął uderzać pięścią w ziemię. Raz za razem, aż skóra nie oblała się jego własną krwią. Dopiero wtedy odetchnął głębiej i odrzucił głowę do tyłu, wyciem dając upust swojemu bólowi i cierpieniu. Ale i obietnicy, że kiedyś to się skończy.

Opuścił wzrok na przyciśniętą do piersi rękę. Powoli odsunął ją od swojego ciała i rozwarł zaciśnięte kurczowo palce. Na jego dłoni spoczywały dwie niewielkie, błyszczące drobiny, które uniosły się w powietrze i otarły o jego policzek, nim pomknęły za resztą do rezerwatu. Lecz nim to nadeszło, Derek miał wrażenie, że czuje na policzku dotyk dłoni Stilesa, że to jego zapach unosi się w powietrzu nim znika całkowicie.

- Przyjdę tu jutro. A także pojutrze i każdego kolejnego dnia, który nadejdzie, nim nie wymyślę jaki cię odzyskać. Dopóki nie znajdę sposobu na wydarcie cię ze szponów śmierci i sprowadzenie z powrotem do świata żywych. Obiecuję ci to Stiles. Nigdy się nie poddam. Uczynię wszystko, żebyś znów był z nami. Tylko proszę, czekaj.


Zawsze będę na ciebie czekał.

sobota, 20 stycznia 2018

W twoim języku

Betowała naturalnie strzalka14, której bardzo dziękuję :*

Derek zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, o co znowu chodziło jego chłopakowi. Stiles od rana był nienaturalnie cichy i mało aktywny. To było dziwne, nie słyszeć jego gadaniny, ciągłych uwag dotyczących zmiany kanału i komentarzy odnośnie jego wyborów programów. Chłopak nie odezwał się nawet słowem, gdy przełączył na Animal Chanel, gdzie akurat leciał dokument o wilkach. A to już samo w sobie było alarmujące. Do tego dochodziły jeszcze wręcz buchające od Stilesa kłęby złości i irytacji, które zmusiły do ewakuacji z salonu nawet tak wytrwałego zawodnika jak Peter.

- Możesz powiedzieć mi wreszcie o co chodzi? - Nie wytrzymał po kilku godzinach.

Stiles tylko obrócił twarz w jego stronę i uniósł do góry jedną brew. Nie otworzył nawet ust, żeby mu odpowiedzieć.

- Stiles? - Brew chłopaka uniosła się jeszcze wyżej.

- Kochanie? - Spróbował innym sposobem, na co do uniesionej brwi szatyna dołączyła druga. - Stiles, do cholery, czy możesz wreszcie ze mną porozmawiać!?

- Przecież cały czas z tobą rozmawiam - powiedział wreszcie nastolatek.

- Nie. Nie odzywasz się do mnie od rana. Ilekroć coś do ciebie powiem, taksujesz mnie wzrokiem bez żadnego słowa. Tylko dzięki swoim wilkołaczym zmysłom, jestem w stanie powiedzieć, że coś jest nie tak. To nie takie trudne, gdy większość zapachów w pokoju przytłumiła ciężka woń złości.
- Derek, przecież rozmawialiśmy cały czas, tylko, że w twoim języku.

Zmarszczył się jeszcze bardziej, niczego nie rozumiejąc.

- No, no, no! - Stiles pokazał palcem na jego twarz. - No i właśnie o to mi chodzi.

- Nie rozumiem.

- Widzisz, jak to fajnie się rozmawia z kimś, kto próbuje gadać z tobą wyłącznie poprzez poruszanie brwiami? Koleś, to jest totalnie pokręcone. A najgorsze jest to, że rozumiem większość z tego, co chcesz przekazać.

- Nie mów do mnie koleś.

- Tylko tyle dałeś radę z tego wyłapać!? - Stiles wyrzucił ręce w górę i westchnął głośno, wyrażając tym całą swoją frustrację.

- Nie. - Zaprzeczył. - Tylko nie wiem w czym jest problem. Skoro mnie rozumiesz, to po co ta cała szopka?

- A jak myślisz? Nie wszystko da się przekazać za pomocą samej mimiki twarzy.

- Co na przykład?

- No nie wiem... Dajmy na to to, że mnie kochasz? Dobrze byłoby wreszcie wiedzieć, że to nie jest jednostronne uczucie. - Policzki Stilesa oblały się szkarłatem, a sam nastolatek skulił się i odwrócił twarz zawstydzony. Derek wstrzymał oddech i zamarł z uchylonymi ustami. Zamrugał kilkakrotnie i zmarszczył brwi.

- Myślisz, że bylibyśmy razem, gdyby mi na tobie nie zależało? Myślałem, że to jasne od samego początku. Jesteś dla mnie ważny.

- Ważny. Jaaasne. - Nie wiedzieć czemu chłopak tylko bardziej się skulił i od niego odsunął. Zapach wstydu, bólu i rozpaczy uderzył w nozdrza Dareka i zapewne ściąłby go z nóg, gdyby już nie siedział.

- Stiles?

- Chyba będę już leciał do siebie. Ojciec powinien niedługo wrócić - powiedział z rezygnacją nastolatek, podnosząc się z kanapy. Nawet nie spojrzał w jego stronę.

Czysty strach osiadł na skórze i kościach Dereka niczym szron, wywołując nieprzyjemny dreszcz i gęsią skórkę. Serce ścisnęło mu się boleśnie, gubiąc uderzenie. Niemy krzyk zamarł mu na ustach, a wilczy warkot w gardle.

Jedyną rzeczą o której mógł myśleć, było to że Stiles chciał go opuścić. Jego gadatliwy, zabawny, słodki chłopak go zostawiał. Bo myślał, że w sercu Dereka nie było dla niego miejsca. Bo nigdy tak naprawdę nie powiedział mu, jak bardzo cudowny, wspaniały i wyjątkowy był w jego oczach. A zasługiwał na to. Zasługiwał na to i na wiele więcej. A zadowolił się nim. Złamanym i zniszczonym alfą, który od początku ich znajomości traktował go, jak worek treningowy, wyżywając się na nim. Wyładowując swoje frustracje i rozterki. Stiles sprawił, że ponownie zaczął czuć. Uśmiechać się. Zmotywował go do działania. Stworzenia watahy, która nie była tylko pojedynczymi, niezależnymi jednostkami, a drużyną. Rodziną. Był jego światełkiem w tunelu. Podporą i motywacją w czasie tej wyboistej drogi, którą musiał pokonać. Zawsze był z nim. Na dobre i na złe. Zawsze u jego boku, by podtrzymać go, gdy się zachwiał, by złapać za dłoń i poprowadzić, gdy zboczył z drogi. Jego kotwica. Jedyna osoba stojąca pomiędzy nim, a rozpaczą i szaleństwem. A teraz zamierzał go zostawić. Samego. Pozbawić swojego ciepła i miłości. Pozostawić w ciszy i ciemności. Z daleka od domu, którym były jego objęcia i ciepłe uśmiechy. Dłoń na ramieniu w chwili zwątpienia. Głośny śmiech ogrzewający jego serce. Dyskusje i przekomarzanki. Słodki smak ust i doskonałość alabastrowego ciała pod jego dłońmi. To wszystko miało zniknąć. Rozwiać się niczym piękny sen. Znów miał powrócić koszmar samotności i wieczna noc w jego duszy, pozbawionej słońca. Bo Stiles odchodził. Opuszczał go, czując się niechciany i niekochany.

Derek wyciągnął drżącą dłoń i zacisnął ją na rękawie koszulki chłopaka ze strachem i desperacją. Niczym tonący chwytający się liny ratunkowej.

- Derek, to... - Słowa zamarły na ustach nastolatka, gdy na niego spojrzał. I Derek nie miał pojęcia, co Stiles ujrzał na jego twarzy, ale cokolwiek to było, sprawiło, że chłopak szybko i bez słowa usiadł mu na kolanach i przytulił go mocno, jakby chciał dostać się pod jego skórę, stać się z nim jednością.

Derek odetchnął głośniej, orientując się, że wstrzymywał oddech. Jego całe ciało drżało, czy to z szoku, czy to przerażenia. Nie wiedział.

- Już dobrze. - Stiles przeczesał palcami jego włosy i pogładził go uspokajająco po głowie. - Już dobrze. Nigdzie nie idę. Słyszysz? Zostaję. Nie zostawię cię - szeptał mu do ucha spokojnym, kojącym tonem.

Derek objął chłopaka sztywnymi ramionami i ukrył twarz w jego szyi. Dopiero zapach Stilesa i jego bliskość sprawiły, że jego ciało się rozluźniło. Oddech Dereka unormował się i uspokoił. Zapadł się w objęcia swojej kotwicy, zaciskając ramiona wokół wiotkiego, chudego ciała mocno, a zarazem delikatnie, nie chcąc wyrządzić nastolatkowi krzywdy.

- Mój. - Było jedynym, co w tamtej chwili było w stanie wydostać się przez jego ściśnięte gardło.

Stiles tylko na to prychnął i pocałował go w czoło. Zapach ulgi i radości wypełnił powietrze wokół nich. - Nie mogłeś powiedzieć mi tego wcześniej? Naprawdę będziemy musieli popracować nad twoimi umiejętnościami komunikacyjnymi. A tak dla twojej wiedzy, nie zamierzam odpuścić w sprawie wypowiedzenia przez ciebie tych dwóch słów.

Derek uśmiechnął się, szczerze szczęśliwy i z głośnym cmoknięciem pocałował swojego chłopaka w usta. - Jesteś mój.

- Doskonale wiesz, że nie o takie dwa słowa mi chodziło. - Chłopak przewrócił oczami. - Ale na tą chwilę powiedzmy, że wystarczy. I żebyśmy mieli jasność. Ty też jesteś mój. Zamierzam cię zatrzymać, ty gburowaty i antyspołeczny sourwolfie.

- O nic innego nie proszę.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Prawdziwe szczęście

Tekst betowany przez strzalke14, której bardzo dziękuję :*
     

Czy istniało coś piękniejszego od świąt? Czas spędzany na odpoczynku. Chwila spokoju i odprężenia, którą mógł bezkarnie spędzić z dala od komputera, siedząc w ciszy z kubkiem gorącego kakao w dłoniach. Zapatrzony w okno, na pogrążoną w zapadającym zmroku okolicę. Na ludzi, którzy zdawali się wreszcie zwolnić, spacerując parami, w grupkach lub w pojedynkę, ciesząc się świąteczną aurą, jej magią i uczuciem szczęścia. Wszyscy zdawali się uśmiechać. Pozdrawiali się wzajemnie, życząc "Wesołych Świąt". Cieszyli się na nadchodzący czas, który mieli spędzić z bliskimi przy suto zastawionym stole. Ogrzani ciepłem rodzinnego szczęścia. Zachwyceni pięknem kolorowych ozdób i urokiem świecących lampek. Wyczekujący nadchodzących prezentów i rozmów z członkami rodziny, których nie widzieli od miesięcy.

Westchnął rozmarzony, uśmiechając się zaledwie kącikiem ust z nad parującego kubka. Po raz kolejny powiódł spojrzeniem za szczęśliwymi, beztroskimi ludźmi za oknem, po czym opuścił wzrok na swoje nogi. Na swoje bezużyteczne, nienadające się do niczego kończyny, które już nigdy więcej nie miały zabrać go na taki spacer z przyjaciółmi. Już nigdy więcej nie miał pobiec z watahą, ciesząc się zapachami lasu, śpiewem nocnych ptaków, wiatrem we włosach i powietrzem chłostającym jego twarz w czasie pędu. Jego nogi były bezwładne, wychudłe i pozbawione czucia.

Uśmiech na jego twarzy zamienił się w krzywy, brzydki grymas, tylko po to, żeby zaraz przeistoczyć się w szczery, szeroki uśmiech.

Bo było warto.

Warto było zapłacić tak wysoką cenę za to, co uzyskał w zamian.

Odwrócił się od okna. Koła wózka zapiszczały na progu, gdy skręcał w stronę salonu. Uśmiech na jego ustach poszerzył się, a serce zalała fala ciepła i radości, gdy spojrzał na uroczy obrazek, malujący się przed jego oczami. Ojciec szamotał się z rozplątywaniem świątecznych światełek, owinięty nimi bardziej, niż choinka, którą zamierzał przystroić. Melissa z pobłażliwym uśmiechem przypatrywała się wyczynom męża, kończąc wyrabiać ciasto na pierniczki. Derek z wiecznie zmarszczonymi brwiami, kroił warzywa na sałatkę.

Jednak to nie oni byli powodem jego niesłabnącego uśmiechu i szczęścia. Była nim dwójka osób siedząca kawałek dalej, przy dużym, zawalonym kolorowymi papierami i wstążkami stole. Kończąca pakować świąteczne prezenty dla członków watahy, którzy nie mogli spędzić wraz z nimi tego wyjątkowego czasu.

Peter z nieszczęśliwa miną człowieka, którego siłą zawleczono i skazano na bezduszne katusze, przyklejał brzegi papieru taśmą klejącą. Obok niego, na wysokim krzesełku siedziało dziesięciomiesięczne dziecko o krótkich, jasnobrązowych włoskach i niebieskich oczach. W piąstkach malca tkwiły resztki papieru prezentowego, które darł w strzępki, śmiejąc się na wydawany przez niego dźwięk.

Zapatrzył się na dziecko, nie mogąc pohamować uśmiechu i łez, które napłynęły mu do oczu. Minął już rok. Rok od dnia, gdy zdecydował się poświęcić siebie i swoje zdrowie, byleby tylko sprowadzić tą małą istotkę na świat. Wbrew zaleceniom lekarza i błagań rodziny oraz bliskich, uczynił to. Urodził Alexa, przypłacając to trwałym urazem kręgosłupa, a przez to kalectwem, jakim była utrata władzy w nogach. Ale nie żałował. Życie jego synka było tego warte. Ich synka.

Przeniósł ponownie wzrok na Petera, który przyglądał mu się bacznie swoimi czujnymi oczami w kolorze nieba. W kolorze oczu ich małego dziecka.

Mężczyzna wstał zza stołu i podszedł do niego, nie odrywając wzroku od jego twarzy. Na wąskie usta wypłynął lekki uśmiech, jeden z tych, które już dawno zaczął nazywać prywatnymi.

- Wszystko w porządku? - Peter przykucnął obok niego. W jego jasnych oczach malowały się smutek i żal do samego siebie po tym, co Stiles musiał poświęcić, żeby móc urodzić Alexa.

Mężczyzna ujął w dłoń jego policzek, muskając kciukiem wystającą kość.

Stiles przymknął oczy, ciesząc się dotykiem i ciepłem skóry męża. Wtulił się mocniej w jego dłoń i uchylił powieki, napotykając zmartwione oczy Petera. W jego własnych pojawiła się cała gama uczuć, która go obezwładniała, targała nim, nie mogąc znaleźć ujścia. I miał nadzieję, że w tym jednym spojrzeniu jego mąż był w stanie to dostrzec. Bezgraniczną miłość, którą Stiles darzył jego i ich synka. Radość i szczęście. Brak żalu i smutku z powodu straty tego, co musiał oddać jako cenę aby spełnić ich wspólne marzenia.

- Tak, wszystko dobrze - wyszeptał, nie odrywając wzroku od jasnych oczu, które na chwilę zabłysły błękitem. - Jestem szczęśliwy. Szczęśliwy, bo mam wszystko, o czym kiedykolwiek mogłem marzyć.

- Tak? A o co to takiego?

- Wy. Ty i Alex. Jesteście wszystkim, czego potrzeba mi do szczęścia.

wtorek, 9 stycznia 2018

Derek i jego poczucie humoru

Betowała strzalka14 :*
     

Większość bet wierzyła, że ich alfa nie posiada poczucia humoru, ale Stiles wiedział lepiej. Jego chłopak potrafił żartować i być naprawdę zabawny. Choć zdarzało mu się to niezwykle rzadko i w pełni nieświadomie. Jak wtedy, gdy stwierdził, że nie rozumie czemu taka mała, czarna choinka w tubie nazywana jest maskarą, albo gdy Jackson przyznał im się, że nie ma pojęcia dlaczego Stiles nazywa go pierwotniakiem, a Derek zaczął prawie godzinny wykład z biologii, wprawiając tym biednego Jacksona w przerażenie. Musieli wtedy oboje z Lydią wyjść z salonu, obawiając się, że poduszą się ze śmiechu, na widok miny Whittemora. Najlepszy żart miał jednak miejsce pewnego sobotniego wieczoru, gdy jak co tydzień zebrali się całą watahą, na wspólne oglądanie filmów. Tamtego dnia na tapecie był Harry Potter. I wszystko przebiegało pięknie, ładnie i spokojnie, dopóki Derek nie otworzył ust. - Biedny chłopak. Do końca życia będzie miał bliznę po czołówce z oplem.

sobota, 16 grudnia 2017

Pierwsze spotkanie

Tekst betowała strzalka14, dziękuję Kasiu:*


Derek siedział oko w oko z brązowookim dzieciakiem w pajacyku w dinozaury - wiedział jak nazywa się ta dziwna piżama połączona ze skarpetkami, bo Cora miała taki sam tyle, że mniejszy i różowy. Chłopiec przed nim nie mógł mieć dużo więcej, niż rok, może dwa, sądząc po tym, że w jego ustach tkwił wielki, zielony smoczek, zasłaniający połowę strasznie chudej i bladej twarzy. Malec ssał go szybko, gapiąc się na niego wielkimi ślepiami, prawie w ogóle nie mrugając. Derek skrzywił się, marszcząc brwi, które zetknęły się nad jego nosem. Sięgnął po swoje autko i obrócił się plecami do dzieciaka, jak postanowił nazywać tego dziwnego chłopca. W końcu on sam nie był już dzieckiem i mógł na niego tak mówić. Miał całe pięć i pół roku. Był dużym chłopcem i naprawdę nie rozumiał dlaczego rodzice zamiast wziąć go ze sobą na zakupy, zdecydowali się zostawić go w "przechowalni dla dzieci". Przecież Cora była dużo mniejsza, a ją wzięli. To było niesprawiedliwe. Naburmuszył się, wydymając wargi.

- Bwww. - odwrócił głowę, słysząc dziwny dźwięk. - Bwww. - dzieciak przeraczkował do niego, wydając zza swojego smoczka jakieś dziwne odgłosy, których Derek nie rozumiał. Usiadł naprzeciw niego i znowu zaczął się na niego gapić.

Derek zmarszczył się tylko bardziej i ponownie się odwrócił tyłem do dziecka. Jego złość i irytacja tylko się nasiliły, gdy brzdąc znowu klapnął naprzeciw niego. Derek przycisnął do piersi autko, przyglądając się z gniewną miną dzieciakowi.

- Odczep się - powiedział, na co malec zabzyczał zza smoczka i zaklaskał w ręce. - Głupie dziecko - zafukał oburzony. - Daj mi spokój S-t-i-l-e-s - przeczytał jego imię z przyklejonej na ubraniu plakietki.

- Nnnnnn.

- Idź się czymś pobaw i zostaw mnie w spokoju. Tam są zabawki. - Wskazał palcem na niewielką, kolorową skrzynkę z plastikowymi klockami i niski regał z pluszakami. Malec jednak na to wcale nie spojrzał, nie odrywając od niego wzroku.

- Łoo Aaaaa Nnnnn - Stiles zaczął coś bełkotać zza smoczka, wymachując przy tym łapkami.

- Nie wiem o co ci chodzi. Nic nie rozumiem. - na jego słowa dzieciak zacisnął ręce w piąstki i zamachał nimi sfrustrowany.

- Łooo Aaaaa Nnnnnn! - pomiędzy niewielkimi, jasnym brwiami malca pojawiła się pionowa zmarszczka.

- Naprawdę nie wiem o co ci chodzi. Daj mi spokój. - Stracił cierpliwość, błyskając w stronę Stilesa złotymi oczami, choć doskonale wiedział, że później dostanie mu się za to bura od mamy. Nie lubiła, kiedy pokazywał innym ludziom swojego wilka. Zabraniała mu się chwalić swoimi zdolnościami, mówiąc, że to złe dokuczać innym tylko dlatego, że jest się od nich silniejszym.

Derek nie spodziewał się jednak, że w odpowiedzi na jego wilka, w oczach malca pojawią się bursztynowe drobiny, krążące po ciemniejszych tęczówkach.

- Jak to zrobiłeś? - Wyszeptał, pochylając się w stronę Stilesa. Powąchał go dyskretnie, przyglądając mu się z bliska. Wyglądał zwyczajnie. Zapach także niczego nie zdradzał. - Czym jesteś? - Trącił go palcem w brzuch, na co berbeć się zaśmiał, wypluwając przy tym smoczek.

Derek skrzywił się widząc obśliniony przedmiot i wykopał go nogą z daleka od siebie.

- Blee - niesmak na jego twarzy zastąpiło przerażenie, gdy malec zaczął chlipać i pociągać nosem. Derek rozejrzał się szybko dookoła, szukając jakieś opiekunki, która jak na złość musiała wyjść do toalety. Spanikowany podał Stilesowi swoje autko, chcąc go uspokoić. Ten jednak odepchnął jego rękę, zaczynając głośniej płakać.

- Już nie płacz. Przepraszam. Proszę, przestań płakać. - Wyciągnął rękę i pogładził malca po głowie, na co ten tylko zachlipał, patrząc na niego załzawionymi oczami. - Już dobrze - powiedział, nie wiedząc co jeszcze mógłby zrobić. Mama zawsze go przytulała, gdy był smutny. Postanowił zrobić to, co podpowiadał mu instynkt i objął Stilesa, gładząc go po plecach. To było nawet miłe. Zwłaszcza, gdy berbeć przestał płakać i przytulił się do niego.

Derek uśmiechnął się i zaczął nucić piosenkę, którą zawsze śpiewała mu przed snem mama. Zamrugał zaskoczony, gdy malec wsadził kciuka do buzi i zamruczał coś sennie. Po chwili Derek siedział na dywanie ze śpiącym bobasem na rękach i absolutnie nie wiedział co robić dalej. Miał nadzieje, że mama zaraz wróci i uwolni go od Stilesa. Nie chciał nawet myśleć jak bardzo Laura i Peter będą się z niego śmiali, gdy dowiedzą się o całym zdarzeniu.


Talia Hale siedziała wraz ze swoim mężem i ich przyjaciółmi, państwem Stilinski w niewielkiej kawiarni w galerii handlowej. Wszyscy wyglądali zza barierki na plac dla dzieci, gdzie jej jedyny syn zdawał się usypiać malutkiego synka Claudii i Johna. Uśmiechnęła się ciepło na ten widok, oddychając w duchu z ulgą. Derek zdawał się bardzo opiekuńczy w stosunku do Stilesa.

- Nawet z tego miejsca jestem w stanie wyczuć oraz zobaczyć czerwone i bursztynowe nici ich dusz, łączące się i zawiązujące więź między nimi - powiedziała Claudia, nie kryjąc swojego wzruszenia i targających nią emocji.

Talia przytaknęła, uśmiechając się szerzej. Teraz nie musiała się obawiać, że któreś z jej dzieci, kandydatów na alfę zostanie odrzucone przez przyszłego emisariusza. Sądząc po tym, jak opiekuńczo i zaborczo Derek trzymał malca,- choć zapewne nie zdawał sobie z tego sprawy - miał zostać w przyszłości wspaniałym alfą Hale, przywódcą watahy. A także troskliwym partnerem dla małego Stilesa.