poniedziałek, 5 lutego 2018

Na chwilę przed świtem

Tekst betowała strzalka14, za co bardzo jej dziękuję :***


Derek zawsze uważał, że rezerwat nocą był piękny. Przejmująca cisza, przerywana jedynie od czasu do czasu szelestem liści poruszanych przez wiatr. Tupot łapek małych ssaków, umykających w popłochu przed drapieżnikiem, jakim był alfa w swojej wilczej postaci. Słodki, obezwładniający zapach magii w powietrzu, wabiący go i nawołujący. Nalegający do porzucenia wyznaczonego celu i podążenia za jego wonią, wprost w ramiona postaci równie niebezpiecznej, co on sam, jeśli nie jeszcze potężniejszej.

Dlatego nie dawał się zwieść. Biegł pewnie, nie oglądając się dookoła. Podążał dobrze znaną ścieżką, nie zbaczając z niej nawet na chwilę, pomimo pokus lasu. Nie oglądał się za jedwabistym pięknem zjawy. Niemal przezroczystą postacią kobiety o pięknych kształtach, długich, błyszczących włosach, srebrzących się w świetle księżyca niczym delikatne nici pajęczyny. Nie zważał na stojącą mu na drodze postać dorodnej łani, tylko czekającej na to, aż wbije w nią swoje wilcze kły. Czy na śpiew leśnej nimfy, ubolewającej nad stratą ukochanego.

Rezerwat nie potrafił go skusić swoimi sztuczkami i obietnicami zaspokojenia najskrytszych męskich i wilczych potrzeb. Był bezsilny wobec determinacji i niezłomnej siły alfy, podążającego wprost do wyznaczonego celu.

Noc zbliżała się ku schyłkowi. Derek potrafił to wyczuć pomimo tego, że w gęstwinie drzew nie był w stanie dostrzec coraz bardziej szarzejącego nieba na wschodzie. Zapach otaczającej go magii zdawał się słabnąć z każdą kolejną sekundą, z każdym uderzeniem łap o miękkie, leśne poszycie. Nocne stworzenia zaczęły chować się w swoich kryjówkach, uciekając przed zabójczymi dla nich promieniami wschodzącego słońca. Ich syki złości i złorzeczenia pod jego adresem docierały do wrażliwych, wilczych uszu, sprawiając, że sierść na jego grzbiecie mimowolnie się jeżyła, a w gardle narastał głuchy warkot. Lecz nie obejrzał się za nimi nawet na chwilę. Nie zwalniał biegu. Nie tracił czasu na bezsensowne spory, przepychanki, czy manifestacje siły. Miał cel, do którego dążył i nie mógł się spóźnić. Nie mógł stracić ani sekundy.

Biegł, wymijając pokryte mchem kamienie i powalone pnie drzew, na których na powrót rozkwitało życie. Biegł, nie zważając na przyjemność, jaką był bieg sam w sobie. Na delikatne palce wiatru, przeczesujące jego gęste, czarne futro. Czy nawet na wolność i radość płynącą z używania czterech łap zamiast dwóch, nieprzystosowanych do tych warunków nóg. Biegł coraz szybciej i szybciej, dostrzegając prześwit między drzewami, oznaczający kraniec jego drogi. Jego cel.

Polana wyglądała tak, jak zawsze. Wielka połać trawy, z potężnym pniem Nemetonu na środku. Jedyną różnicę stanowiła samotna postać odwrócona twarzą w kierunku wschodzącego słońca, gdzie na niebie pojawiały się pierwsze barwne łuki, zwiastujące nadejście nowego dnia.

Derek ruszył w jej stronę. Z każdym metrem powracając do swojej prawdziwej postaci. Ciemne futro wchłonęło się, pozostawiając po sobie nagą skórę. Wilcze pazury i kły cofnęły się, zamieniając w ludzkie paznokcie i zęby. Łapy zastąpiły ręce i nogi. Z każdym kolejnym krokiem znajdował się coraz bliżej postaci. Dostrzegał ją już wyraźnie. Młody, szczupły mężczyzna ubrany w czarne, luźne, materiałowe spodnie i białą, prawie prześwitującą koszulę, z niezapiętymi górnymi guzikami. Jego ubranie i brązowe włosy targane były przez wiatr. Mężczyzna stał boso, w wilgotnym mchu, lecz nie trząsł się z zimna, skupiony całkowicie na widoku wschodzącego słońca.

- Stiles - wyszeptał Derek, a postać drgnęła i spojrzała w jego stronę, ukazując dobrze mu znaną twarz z dużymi, orzechowymi oczami i pełnymi, różowymi wargami, które rozciągnęły się w uśmiechu na jego widok.

- Derek. Przyszedłeś. - Szatyn odwrócił się. Nie zrobił jednak ni kroku. Stał w miejscu, tuż przy ogromnym pniu, na jednym z jego korzeni, ukrytych pod miękką poduszką z ziemi mchu i traw.

- Obiecałem, że będę. Zawsze przychodzę.

- Wiem. Ale mimo to mam wrażenie, że nadejdzie wreszcie dzień, w którym już cię nie zobaczę. W którym uznasz, że to nie jest warte ryzyka. Zdecydujesz, że czas poddać się i zapomnieć.

- To się nigdy nie stanie. - Podszedł do Stilesa i zatrzymał się tuż przed nim. Nie dotknął go jednak. Nigdy go nie dotykał. Nie przed wschodem słońca, gdy musieli się rozstać. Nie przed pożegnaniem i obietnicą, że spotkają się ponownie kolejnego dnia. I kolejnego i kolejnego. Że będą tu zawsze na siebie czekać. Aż do dnia, gdy wreszcie będą mogli być na powrót razem. Tak jak wtedy. Zanim to wszystko się wydarzyło.

- Derek, nie rób takiej miny. Nie myśl o tym.

- Wcale o tym nie myślę - zaprzeczył.

- Właśnie, że tak. Marszczysz brwi, do tego masz ten dziwny wyraz twarzy, jakbyś był po botoksie i nie mógł nią ruszać.

- Zawsze mam taki wyraz twarzy.

- Dlatego wiem, że cały czas o tym myślisz. - Derek uśmiechnął się i pokręcił głową, nie mając sił kłócić się ze Stilesową logiką. - O. Widzisz? I niech tak zostanie. Lubię, gdy się śmiejesz. Powinieneś zdecydowanie więcej się uśmiechać. Pasuje ci to dużo bardziej niż ta bezosobowa maska, którą nosisz na co dzień.

Derek westchnął, zamykając oczy, po czym ponownie spojrzał na towarzysza. - Uśmiechałem się, kiedy byłeś ze mną, teraz nie mam powodu. - Ból i smutek na jego twarzy były odzwierciedleniem emocji malujących się na obliczu szatyna.

- Derek, nie mów tak. Zawsze znajdzie się coś, co daje choć namiastkę szczęścia i radości. Nie ważne, czy to będzie kawałek twojego ulubionego ciasta czekoladowego, wspólny, sobotni seans filmowy z watahą, czy niedzielny obiad z moim ojcem. Ze wszystkiego można czerpać radość.

- Nie, gdy ciebie tam nie ma. Nie, gdy wstając rano z łóżka i nie słyszę twojej krzątaniny. Nie, gdy odwracając wzrok, chcąc zapytać cię o zdanie, napotykam puste krzesło, a potrzebując twojego ciepła i pocieszenia, zastaję jedynie puste łóżko, zimno pościeli i samotny sen bez snów. Nie, gdy ostatnim widokiem przed zaśnięciem jest nasze uśmiechnięte wspólne zdjęcie zamiast twojej uśmiechniętej twarzy. Nie, gdy zostałem całkiem sam, pozbawiony swojego serca. Pozbawiony ciebie.

- Derek. - Łzy spływały po bladych policzkach Stilesa, na jego podbródek, tylko po to, żeby opaść na wilgotny mech koło Nemetonu. Derek zastanawiał się jak wiele łez i ludzkich cierpień widziało to drzewo. Jak wiele bólu i rozpaczy. Marzeń i nadziei.

- Derek. - Stiles powtórzył jego imię, spoglądając na niego z tak wielkim bólem i bezgraniczną miłością, że gdyby serce Dereka nie zostało już dawno żywcem wyrwane z jego piersi i zmiażdżone, z pewnością ścisnęłoby się na ten widok. - Co chcesz, żebym ci powiedział? Co chcesz, żebym zrobił? Powiedz. Powiedz, co mogę zrobić, a to uczynię. Zrobię wszystko, co w mojej mocy tylko powiedz.

- Nic. - Derek spuścił wzrok, walcząc ze łzami i bezsilnością. Bo on, alfa, nie mógł uczynić nic, żeby sprowadzić Stilesa z powrotem do domu. Nie był w stanie obronić jedynej cennej w jego życiu osoby. Podobnie jak nie był w stanie obronić swojej rodziny. Pozwolił na to, żeby wydarto mu ukochanego siłą. Zabrano daleko od niego. Pozostawiając mu tylko te ulotne chwile przed świtem. Te minuty zanim noc zostanie zastąpiona przez dzień, dając ludziom radość, a jemu ból i tęsknotę za tym, co znajdowało się już poza jego zasięgiem.

- Derek, już czas. - Te trzy słowa przeszły przez Dereka, mrożąc mu krew w żyłach. Podniósł wzrok na szatyna, po czym podążył za jego spojrzeniem na wschód, gdzie granat i szarość nocy całkowicie ustąpiły miejsca ciepłym barwom wschodzącego słońca, które nieśmiało wychylało się zza horyzontu. Cichego, powolnego zabójcy, odbierającego mu po raz kolejny to, co było w jego życiu najważniejsze.

- Stiles - wydusił przez ściśnięte gardło, odwracając się szybko w jego stronę. Młodszy mężczyzna uśmiechnął się lekko, z czułością, nie zważając na terror i przerażenie malujące się na twarzy Dereka.

- Muszę już iść.

- Nie, proszę nie.

- Wybacz, ale nie mogę dłużej zostać.

- Stiles, proszę nie odchodź. - Łzy spłynęły po jego policzkach.

- Jutro też będę czekał. Zawsze będę na ciebie czekał.

- Stiles. Nie. - Wyciągnął dłoń, chcąc go złapać, zatrzymać, lecz w momencie, gdy jego palce zaledwie musnęły skórę Stilesa, ten zniknął. Jego postać pękła, zamieniając się w błyszczące, złociste drobiny, które porwał wiatr wprost w ciemną ścianę lasu.

Derek zacisnął zęby i skulił się, przyciskając pięść do piersi. Jego silne ciało trzęsło się niczym wiotka gałązka na wietrze od powstrzymywanego szlochu. Padł na kolana i zaczął uderzać pięścią w ziemię. Raz za razem, aż skóra nie oblała się jego własną krwią. Dopiero wtedy odetchnął głębiej i odrzucił głowę do tyłu, wyciem dając upust swojemu bólowi i cierpieniu. Ale i obietnicy, że kiedyś to się skończy.

Opuścił wzrok na przyciśniętą do piersi rękę. Powoli odsunął ją od swojego ciała i rozwarł zaciśnięte kurczowo palce. Na jego dłoni spoczywały dwie niewielkie, błyszczące drobiny, które uniosły się w powietrze i otarły o jego policzek, nim pomknęły za resztą do rezerwatu. Lecz nim to nadeszło, Derek miał wrażenie, że czuje na policzku dotyk dłoni Stilesa, że to jego zapach unosi się w powietrzu nim znika całkowicie.

- Przyjdę tu jutro. A także pojutrze i każdego kolejnego dnia, który nadejdzie, nim nie wymyślę jaki cię odzyskać. Dopóki nie znajdę sposobu na wydarcie cię ze szponów śmierci i sprowadzenie z powrotem do świata żywych. Obiecuję ci to Stiles. Nigdy się nie poddam. Uczynię wszystko, żebyś znów był z nami. Tylko proszę, czekaj.


Zawsze będę na ciebie czekał.

sobota, 20 stycznia 2018

W twoim języku

Betowała naturalnie strzalka14, której bardzo dziękuję :*

Derek zmarszczył brwi, nie rozumiejąc, o co znowu chodziło jego chłopakowi. Stiles od rana był nienaturalnie cichy i mało aktywny. To było dziwne, nie słyszeć jego gadaniny, ciągłych uwag dotyczących zmiany kanału i komentarzy odnośnie jego wyborów programów. Chłopak nie odezwał się nawet słowem, gdy przełączył na Animal Chanel, gdzie akurat leciał dokument o wilkach. A to już samo w sobie było alarmujące. Do tego dochodziły jeszcze wręcz buchające od Stilesa kłęby złości i irytacji, które zmusiły do ewakuacji z salonu nawet tak wytrwałego zawodnika jak Peter.

- Możesz powiedzieć mi wreszcie o co chodzi? - Nie wytrzymał po kilku godzinach.

Stiles tylko obrócił twarz w jego stronę i uniósł do góry jedną brew. Nie otworzył nawet ust, żeby mu odpowiedzieć.

- Stiles? - Brew chłopaka uniosła się jeszcze wyżej.

- Kochanie? - Spróbował innym sposobem, na co do uniesionej brwi szatyna dołączyła druga. - Stiles, do cholery, czy możesz wreszcie ze mną porozmawiać!?

- Przecież cały czas z tobą rozmawiam - powiedział wreszcie nastolatek.

- Nie. Nie odzywasz się do mnie od rana. Ilekroć coś do ciebie powiem, taksujesz mnie wzrokiem bez żadnego słowa. Tylko dzięki swoim wilkołaczym zmysłom, jestem w stanie powiedzieć, że coś jest nie tak. To nie takie trudne, gdy większość zapachów w pokoju przytłumiła ciężka woń złości.
- Derek, przecież rozmawialiśmy cały czas, tylko, że w twoim języku.

Zmarszczył się jeszcze bardziej, niczego nie rozumiejąc.

- No, no, no! - Stiles pokazał palcem na jego twarz. - No i właśnie o to mi chodzi.

- Nie rozumiem.

- Widzisz, jak to fajnie się rozmawia z kimś, kto próbuje gadać z tobą wyłącznie poprzez poruszanie brwiami? Koleś, to jest totalnie pokręcone. A najgorsze jest to, że rozumiem większość z tego, co chcesz przekazać.

- Nie mów do mnie koleś.

- Tylko tyle dałeś radę z tego wyłapać!? - Stiles wyrzucił ręce w górę i westchnął głośno, wyrażając tym całą swoją frustrację.

- Nie. - Zaprzeczył. - Tylko nie wiem w czym jest problem. Skoro mnie rozumiesz, to po co ta cała szopka?

- A jak myślisz? Nie wszystko da się przekazać za pomocą samej mimiki twarzy.

- Co na przykład?

- No nie wiem... Dajmy na to to, że mnie kochasz? Dobrze byłoby wreszcie wiedzieć, że to nie jest jednostronne uczucie. - Policzki Stilesa oblały się szkarłatem, a sam nastolatek skulił się i odwrócił twarz zawstydzony. Derek wstrzymał oddech i zamarł z uchylonymi ustami. Zamrugał kilkakrotnie i zmarszczył brwi.

- Myślisz, że bylibyśmy razem, gdyby mi na tobie nie zależało? Myślałem, że to jasne od samego początku. Jesteś dla mnie ważny.

- Ważny. Jaaasne. - Nie wiedzieć czemu chłopak tylko bardziej się skulił i od niego odsunął. Zapach wstydu, bólu i rozpaczy uderzył w nozdrza Dareka i zapewne ściąłby go z nóg, gdyby już nie siedział.

- Stiles?

- Chyba będę już leciał do siebie. Ojciec powinien niedługo wrócić - powiedział z rezygnacją nastolatek, podnosząc się z kanapy. Nawet nie spojrzał w jego stronę.

Czysty strach osiadł na skórze i kościach Dereka niczym szron, wywołując nieprzyjemny dreszcz i gęsią skórkę. Serce ścisnęło mu się boleśnie, gubiąc uderzenie. Niemy krzyk zamarł mu na ustach, a wilczy warkot w gardle.

Jedyną rzeczą o której mógł myśleć, było to że Stiles chciał go opuścić. Jego gadatliwy, zabawny, słodki chłopak go zostawiał. Bo myślał, że w sercu Dereka nie było dla niego miejsca. Bo nigdy tak naprawdę nie powiedział mu, jak bardzo cudowny, wspaniały i wyjątkowy był w jego oczach. A zasługiwał na to. Zasługiwał na to i na wiele więcej. A zadowolił się nim. Złamanym i zniszczonym alfą, który od początku ich znajomości traktował go, jak worek treningowy, wyżywając się na nim. Wyładowując swoje frustracje i rozterki. Stiles sprawił, że ponownie zaczął czuć. Uśmiechać się. Zmotywował go do działania. Stworzenia watahy, która nie była tylko pojedynczymi, niezależnymi jednostkami, a drużyną. Rodziną. Był jego światełkiem w tunelu. Podporą i motywacją w czasie tej wyboistej drogi, którą musiał pokonać. Zawsze był z nim. Na dobre i na złe. Zawsze u jego boku, by podtrzymać go, gdy się zachwiał, by złapać za dłoń i poprowadzić, gdy zboczył z drogi. Jego kotwica. Jedyna osoba stojąca pomiędzy nim, a rozpaczą i szaleństwem. A teraz zamierzał go zostawić. Samego. Pozbawić swojego ciepła i miłości. Pozostawić w ciszy i ciemności. Z daleka od domu, którym były jego objęcia i ciepłe uśmiechy. Dłoń na ramieniu w chwili zwątpienia. Głośny śmiech ogrzewający jego serce. Dyskusje i przekomarzanki. Słodki smak ust i doskonałość alabastrowego ciała pod jego dłońmi. To wszystko miało zniknąć. Rozwiać się niczym piękny sen. Znów miał powrócić koszmar samotności i wieczna noc w jego duszy, pozbawionej słońca. Bo Stiles odchodził. Opuszczał go, czując się niechciany i niekochany.

Derek wyciągnął drżącą dłoń i zacisnął ją na rękawie koszulki chłopaka ze strachem i desperacją. Niczym tonący chwytający się liny ratunkowej.

- Derek, to... - Słowa zamarły na ustach nastolatka, gdy na niego spojrzał. I Derek nie miał pojęcia, co Stiles ujrzał na jego twarzy, ale cokolwiek to było, sprawiło, że chłopak szybko i bez słowa usiadł mu na kolanach i przytulił go mocno, jakby chciał dostać się pod jego skórę, stać się z nim jednością.

Derek odetchnął głośniej, orientując się, że wstrzymywał oddech. Jego całe ciało drżało, czy to z szoku, czy to przerażenia. Nie wiedział.

- Już dobrze. - Stiles przeczesał palcami jego włosy i pogładził go uspokajająco po głowie. - Już dobrze. Nigdzie nie idę. Słyszysz? Zostaję. Nie zostawię cię - szeptał mu do ucha spokojnym, kojącym tonem.

Derek objął chłopaka sztywnymi ramionami i ukrył twarz w jego szyi. Dopiero zapach Stilesa i jego bliskość sprawiły, że jego ciało się rozluźniło. Oddech Dereka unormował się i uspokoił. Zapadł się w objęcia swojej kotwicy, zaciskając ramiona wokół wiotkiego, chudego ciała mocno, a zarazem delikatnie, nie chcąc wyrządzić nastolatkowi krzywdy.

- Mój. - Było jedynym, co w tamtej chwili było w stanie wydostać się przez jego ściśnięte gardło.

Stiles tylko na to prychnął i pocałował go w czoło. Zapach ulgi i radości wypełnił powietrze wokół nich. - Nie mogłeś powiedzieć mi tego wcześniej? Naprawdę będziemy musieli popracować nad twoimi umiejętnościami komunikacyjnymi. A tak dla twojej wiedzy, nie zamierzam odpuścić w sprawie wypowiedzenia przez ciebie tych dwóch słów.

Derek uśmiechnął się, szczerze szczęśliwy i z głośnym cmoknięciem pocałował swojego chłopaka w usta. - Jesteś mój.

- Doskonale wiesz, że nie o takie dwa słowa mi chodziło. - Chłopak przewrócił oczami. - Ale na tą chwilę powiedzmy, że wystarczy. I żebyśmy mieli jasność. Ty też jesteś mój. Zamierzam cię zatrzymać, ty gburowaty i antyspołeczny sourwolfie.

- O nic innego nie proszę.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Prawdziwe szczęście

Tekst betowany przez strzalke14, której bardzo dziękuję :*
     

Czy istniało coś piękniejszego od świąt? Czas spędzany na odpoczynku. Chwila spokoju i odprężenia, którą mógł bezkarnie spędzić z dala od komputera, siedząc w ciszy z kubkiem gorącego kakao w dłoniach. Zapatrzony w okno, na pogrążoną w zapadającym zmroku okolicę. Na ludzi, którzy zdawali się wreszcie zwolnić, spacerując parami, w grupkach lub w pojedynkę, ciesząc się świąteczną aurą, jej magią i uczuciem szczęścia. Wszyscy zdawali się uśmiechać. Pozdrawiali się wzajemnie, życząc "Wesołych Świąt". Cieszyli się na nadchodzący czas, który mieli spędzić z bliskimi przy suto zastawionym stole. Ogrzani ciepłem rodzinnego szczęścia. Zachwyceni pięknem kolorowych ozdób i urokiem świecących lampek. Wyczekujący nadchodzących prezentów i rozmów z członkami rodziny, których nie widzieli od miesięcy.

Westchnął rozmarzony, uśmiechając się zaledwie kącikiem ust z nad parującego kubka. Po raz kolejny powiódł spojrzeniem za szczęśliwymi, beztroskimi ludźmi za oknem, po czym opuścił wzrok na swoje nogi. Na swoje bezużyteczne, nienadające się do niczego kończyny, które już nigdy więcej nie miały zabrać go na taki spacer z przyjaciółmi. Już nigdy więcej nie miał pobiec z watahą, ciesząc się zapachami lasu, śpiewem nocnych ptaków, wiatrem we włosach i powietrzem chłostającym jego twarz w czasie pędu. Jego nogi były bezwładne, wychudłe i pozbawione czucia.

Uśmiech na jego twarzy zamienił się w krzywy, brzydki grymas, tylko po to, żeby zaraz przeistoczyć się w szczery, szeroki uśmiech.

Bo było warto.

Warto było zapłacić tak wysoką cenę za to, co uzyskał w zamian.

Odwrócił się od okna. Koła wózka zapiszczały na progu, gdy skręcał w stronę salonu. Uśmiech na jego ustach poszerzył się, a serce zalała fala ciepła i radości, gdy spojrzał na uroczy obrazek, malujący się przed jego oczami. Ojciec szamotał się z rozplątywaniem świątecznych światełek, owinięty nimi bardziej, niż choinka, którą zamierzał przystroić. Melissa z pobłażliwym uśmiechem przypatrywała się wyczynom męża, kończąc wyrabiać ciasto na pierniczki. Derek z wiecznie zmarszczonymi brwiami, kroił warzywa na sałatkę.

Jednak to nie oni byli powodem jego niesłabnącego uśmiechu i szczęścia. Była nim dwójka osób siedząca kawałek dalej, przy dużym, zawalonym kolorowymi papierami i wstążkami stole. Kończąca pakować świąteczne prezenty dla członków watahy, którzy nie mogli spędzić wraz z nimi tego wyjątkowego czasu.

Peter z nieszczęśliwa miną człowieka, którego siłą zawleczono i skazano na bezduszne katusze, przyklejał brzegi papieru taśmą klejącą. Obok niego, na wysokim krzesełku siedziało dziesięciomiesięczne dziecko o krótkich, jasnobrązowych włoskach i niebieskich oczach. W piąstkach malca tkwiły resztki papieru prezentowego, które darł w strzępki, śmiejąc się na wydawany przez niego dźwięk.

Zapatrzył się na dziecko, nie mogąc pohamować uśmiechu i łez, które napłynęły mu do oczu. Minął już rok. Rok od dnia, gdy zdecydował się poświęcić siebie i swoje zdrowie, byleby tylko sprowadzić tą małą istotkę na świat. Wbrew zaleceniom lekarza i błagań rodziny oraz bliskich, uczynił to. Urodził Alexa, przypłacając to trwałym urazem kręgosłupa, a przez to kalectwem, jakim była utrata władzy w nogach. Ale nie żałował. Życie jego synka było tego warte. Ich synka.

Przeniósł ponownie wzrok na Petera, który przyglądał mu się bacznie swoimi czujnymi oczami w kolorze nieba. W kolorze oczu ich małego dziecka.

Mężczyzna wstał zza stołu i podszedł do niego, nie odrywając wzroku od jego twarzy. Na wąskie usta wypłynął lekki uśmiech, jeden z tych, które już dawno zaczął nazywać prywatnymi.

- Wszystko w porządku? - Peter przykucnął obok niego. W jego jasnych oczach malowały się smutek i żal do samego siebie po tym, co Stiles musiał poświęcić, żeby móc urodzić Alexa.

Mężczyzna ujął w dłoń jego policzek, muskając kciukiem wystającą kość.

Stiles przymknął oczy, ciesząc się dotykiem i ciepłem skóry męża. Wtulił się mocniej w jego dłoń i uchylił powieki, napotykając zmartwione oczy Petera. W jego własnych pojawiła się cała gama uczuć, która go obezwładniała, targała nim, nie mogąc znaleźć ujścia. I miał nadzieję, że w tym jednym spojrzeniu jego mąż był w stanie to dostrzec. Bezgraniczną miłość, którą Stiles darzył jego i ich synka. Radość i szczęście. Brak żalu i smutku z powodu straty tego, co musiał oddać jako cenę aby spełnić ich wspólne marzenia.

- Tak, wszystko dobrze - wyszeptał, nie odrywając wzroku od jasnych oczu, które na chwilę zabłysły błękitem. - Jestem szczęśliwy. Szczęśliwy, bo mam wszystko, o czym kiedykolwiek mogłem marzyć.

- Tak? A o co to takiego?

- Wy. Ty i Alex. Jesteście wszystkim, czego potrzeba mi do szczęścia.

wtorek, 9 stycznia 2018

Derek i jego poczucie humoru

Betowała strzalka14 :*
     

Większość bet wierzyła, że ich alfa nie posiada poczucia humoru, ale Stiles wiedział lepiej. Jego chłopak potrafił żartować i być naprawdę zabawny. Choć zdarzało mu się to niezwykle rzadko i w pełni nieświadomie. Jak wtedy, gdy stwierdził, że nie rozumie czemu taka mała, czarna choinka w tubie nazywana jest maskarą, albo gdy Jackson przyznał im się, że nie ma pojęcia dlaczego Stiles nazywa go pierwotniakiem, a Derek zaczął prawie godzinny wykład z biologii, wprawiając tym biednego Jacksona w przerażenie. Musieli wtedy oboje z Lydią wyjść z salonu, obawiając się, że poduszą się ze śmiechu, na widok miny Whittemora. Najlepszy żart miał jednak miejsce pewnego sobotniego wieczoru, gdy jak co tydzień zebrali się całą watahą, na wspólne oglądanie filmów. Tamtego dnia na tapecie był Harry Potter. I wszystko przebiegało pięknie, ładnie i spokojnie, dopóki Derek nie otworzył ust. - Biedny chłopak. Do końca życia będzie miał bliznę po czołówce z oplem.

sobota, 16 grudnia 2017

Pierwsze spotkanie

Tekst betowała strzalka14, dziękuję Kasiu:*


Derek siedział oko w oko z brązowookim dzieciakiem w pajacyku w dinozaury - wiedział jak nazywa się ta dziwna piżama połączona ze skarpetkami, bo Cora miała taki sam tyle, że mniejszy i różowy. Chłopiec przed nim nie mógł mieć dużo więcej, niż rok, może dwa, sądząc po tym, że w jego ustach tkwił wielki, zielony smoczek, zasłaniający połowę strasznie chudej i bladej twarzy. Malec ssał go szybko, gapiąc się na niego wielkimi ślepiami, prawie w ogóle nie mrugając. Derek skrzywił się, marszcząc brwi, które zetknęły się nad jego nosem. Sięgnął po swoje autko i obrócił się plecami do dzieciaka, jak postanowił nazywać tego dziwnego chłopca. W końcu on sam nie był już dzieckiem i mógł na niego tak mówić. Miał całe pięć i pół roku. Był dużym chłopcem i naprawdę nie rozumiał dlaczego rodzice zamiast wziąć go ze sobą na zakupy, zdecydowali się zostawić go w "przechowalni dla dzieci". Przecież Cora była dużo mniejsza, a ją wzięli. To było niesprawiedliwe. Naburmuszył się, wydymając wargi.

- Bwww. - odwrócił głowę, słysząc dziwny dźwięk. - Bwww. - dzieciak przeraczkował do niego, wydając zza swojego smoczka jakieś dziwne odgłosy, których Derek nie rozumiał. Usiadł naprzeciw niego i znowu zaczął się na niego gapić.

Derek zmarszczył się tylko bardziej i ponownie się odwrócił tyłem do dziecka. Jego złość i irytacja tylko się nasiliły, gdy brzdąc znowu klapnął naprzeciw niego. Derek przycisnął do piersi autko, przyglądając się z gniewną miną dzieciakowi.

- Odczep się - powiedział, na co malec zabzyczał zza smoczka i zaklaskał w ręce. - Głupie dziecko - zafukał oburzony. - Daj mi spokój S-t-i-l-e-s - przeczytał jego imię z przyklejonej na ubraniu plakietki.

- Nnnnnn.

- Idź się czymś pobaw i zostaw mnie w spokoju. Tam są zabawki. - Wskazał palcem na niewielką, kolorową skrzynkę z plastikowymi klockami i niski regał z pluszakami. Malec jednak na to wcale nie spojrzał, nie odrywając od niego wzroku.

- Łoo Aaaaa Nnnnn - Stiles zaczął coś bełkotać zza smoczka, wymachując przy tym łapkami.

- Nie wiem o co ci chodzi. Nic nie rozumiem. - na jego słowa dzieciak zacisnął ręce w piąstki i zamachał nimi sfrustrowany.

- Łooo Aaaaa Nnnnnn! - pomiędzy niewielkimi, jasnym brwiami malca pojawiła się pionowa zmarszczka.

- Naprawdę nie wiem o co ci chodzi. Daj mi spokój. - Stracił cierpliwość, błyskając w stronę Stilesa złotymi oczami, choć doskonale wiedział, że później dostanie mu się za to bura od mamy. Nie lubiła, kiedy pokazywał innym ludziom swojego wilka. Zabraniała mu się chwalić swoimi zdolnościami, mówiąc, że to złe dokuczać innym tylko dlatego, że jest się od nich silniejszym.

Derek nie spodziewał się jednak, że w odpowiedzi na jego wilka, w oczach malca pojawią się bursztynowe drobiny, krążące po ciemniejszych tęczówkach.

- Jak to zrobiłeś? - Wyszeptał, pochylając się w stronę Stilesa. Powąchał go dyskretnie, przyglądając mu się z bliska. Wyglądał zwyczajnie. Zapach także niczego nie zdradzał. - Czym jesteś? - Trącił go palcem w brzuch, na co berbeć się zaśmiał, wypluwając przy tym smoczek.

Derek skrzywił się widząc obśliniony przedmiot i wykopał go nogą z daleka od siebie.

- Blee - niesmak na jego twarzy zastąpiło przerażenie, gdy malec zaczął chlipać i pociągać nosem. Derek rozejrzał się szybko dookoła, szukając jakieś opiekunki, która jak na złość musiała wyjść do toalety. Spanikowany podał Stilesowi swoje autko, chcąc go uspokoić. Ten jednak odepchnął jego rękę, zaczynając głośniej płakać.

- Już nie płacz. Przepraszam. Proszę, przestań płakać. - Wyciągnął rękę i pogładził malca po głowie, na co ten tylko zachlipał, patrząc na niego załzawionymi oczami. - Już dobrze - powiedział, nie wiedząc co jeszcze mógłby zrobić. Mama zawsze go przytulała, gdy był smutny. Postanowił zrobić to, co podpowiadał mu instynkt i objął Stilesa, gładząc go po plecach. To było nawet miłe. Zwłaszcza, gdy berbeć przestał płakać i przytulił się do niego.

Derek uśmiechnął się i zaczął nucić piosenkę, którą zawsze śpiewała mu przed snem mama. Zamrugał zaskoczony, gdy malec wsadził kciuka do buzi i zamruczał coś sennie. Po chwili Derek siedział na dywanie ze śpiącym bobasem na rękach i absolutnie nie wiedział co robić dalej. Miał nadzieje, że mama zaraz wróci i uwolni go od Stilesa. Nie chciał nawet myśleć jak bardzo Laura i Peter będą się z niego śmiali, gdy dowiedzą się o całym zdarzeniu.


Talia Hale siedziała wraz ze swoim mężem i ich przyjaciółmi, państwem Stilinski w niewielkiej kawiarni w galerii handlowej. Wszyscy wyglądali zza barierki na plac dla dzieci, gdzie jej jedyny syn zdawał się usypiać malutkiego synka Claudii i Johna. Uśmiechnęła się ciepło na ten widok, oddychając w duchu z ulgą. Derek zdawał się bardzo opiekuńczy w stosunku do Stilesa.

- Nawet z tego miejsca jestem w stanie wyczuć oraz zobaczyć czerwone i bursztynowe nici ich dusz, łączące się i zawiązujące więź między nimi - powiedziała Claudia, nie kryjąc swojego wzruszenia i targających nią emocji.

Talia przytaknęła, uśmiechając się szerzej. Teraz nie musiała się obawiać, że któreś z jej dzieci, kandydatów na alfę zostanie odrzucone przez przyszłego emisariusza. Sądząc po tym, jak opiekuńczo i zaborczo Derek trzymał malca,- choć zapewne nie zdawał sobie z tego sprawy - miał zostać w przyszłości wspaniałym alfą Hale, przywódcą watahy. A także troskliwym partnerem dla małego Stilesa.

sobota, 9 grudnia 2017

Cal od domu

Tekst ten dedykuję mojej becie, Kasi, która jakiś czas temu powiedziała mi, że ma dość dupka Dereka ;)
 Kontynuacja "Tylko jeden krok" i "Dwa kroki do miłości".    

Derek stanął w wejściu do swojego pokoju, opierając się ramieniem o futrynę drzwi. Panująca w sypialni ciemność nie przeszkadzała mu przyglądać się uważnie swojej bratniej duszy. Nastolatek spał smacznie, oddychając przez otwarte usta. Kołdra zwisała smętnie z łóżka, trzymając się tylko na rogu zawiniętym wokół jednej z nóg Stilesa. Patykowate, blade kończyny leżały porozrzucane po całej powierzchni materaca, jak miał w zwyczaju robić, gdy Derek nie kładł się koło niego, by móc ukoić zszargane nerwy i przynieść ukojenie po koszmarach dręczących nastolatka.

Derek uśmiechnął się z rozczuleniem i podszedł bliżej. Przykucnął obok łóżka, tuż przed twarzą Stilesa i przyglądał mu się przez chwilę. Wyciągnął rękę i musnął opuszkami palców skórę na policzku chłopaka. Poczuł dreszcz, jakby iskry czy prąd przepływający od jego palców, przez rękę i całe ciało na fizyczny kontakt ze swoją bratnią duszą. Stiles zamruczał przez sen, mlasnął i wtulił się w dłoń Dereka, jakby podświadomie czuł, wiedział, że to on go dotykał.

Wilk Dereka przeciągnął się w jego wnętrzu i zamerdał ogonem szczęśliwy. Naparł na jego skórę chcąc się wydostać, wyjść na powierzchnię, gdzie mógłby zawinąć się opiekuńczo wokół ich partnera. Stiles bardzo lubił się przytulać i mówić do niego, gdy był pod zwierzęcą postacią. Derekowi zdawało się, że tylko w ten sposób nastolatek się go nie bał i akceptował w stu procentach, co było dość niesprawiedliwe. W końcu obecność Laury i innych kobiet w domu zdawała mu się w ogóle nie przeszkadzać. Za to reagował istnymi atakami paniki, gdy tylko zobaczył jego ojca lub Petera. I choć Derek nie powinien się z tego cieszyć, nie mógł ukryć dumy i dziwnej satysfakcji z tego, że to właśnie w jego ramionach Stiles szukał ratunku i namiastki bezpieczeństwa. Jakby czternastolatek podświadomie wiedział, że Derek zapewni mu bezpieczeństwo i nie pozwoli go nikomu skrzywdzić.

Nastolatek westchnął głośniej przez sen i zacisnął dłoń na nadgarstku Dereka, wywołując tym u niego nieopisane poczucie szczęścia i szczery uśmiech na ustach. Twarz Stilesa była rozluźniona i otwarta, a sen głęboki, co było tak diametralnie różne od tego, jak zachowywał się w pierwszych miesiącach od dnia, gdy Hale uratował go przed samobójczym skokiem z mostu.

Derek przesunął wzrokiem po ciele chłopaka, po odsłoniętych przez krótki rękaw rękach, a także fragmentach brzucha i pleców, które ukazała podwinięta koszulka. Wstrętne rany i skaleczenia dawno się zagoiły. Szpecące ciało blizny zblakły, pozostawiając jedynie jaśniejsze linie i brzydko pomarszczone znaki. Siniaki, chorobliwa chudość i ziemisty kolor skóry zastąpiły powoli zarysowujące się, sprężyste mięśnie, poruszające się z każdym ruchem Stilesa i mleczna, jedwabista doskonałość, w której Derek marzył już od dawna zatopić zęby, oznaczając nastolatka jako swojego. Dzięki czemu miałby pewność, że odnajdzie partnera zawsze i wszędzie. Wiedziałby, gdyby groziło mu niebezpieczeństwo, jeśli odczuwałby smutek, złość, strach, czy radość lub szczęście.

- Mmm Derek? - Stiles zamruczał sennie, ocierając się policzkiem o jego dłoń. Serce Dereka spuchło na ten widok, a jego wargi rozciągnęły się w szerokim, ciepłym uśmiechu, który Laura nazywała Stilesowym wyszczerzem, bo podobno miał go na twarzy tylko w obecności nastolatka.

- Tak myślałam, że cię tu znajdę. - Derek poderwał głowę do góry i spojrzał w stronę drzwi, w których stała jego starsza siostra. - A czy przypadkiem nie powinieneś znajdować się jeszcze na zawodach w Nowym Jorku? Z tego, co się orientuję miałeś wrócić dopiero jutro. - Jej skrzyżowane na piersi ręce i zacięty wyraz twarzy nie wróżyły niczego dobrego. Ale to ciepło, wesołe i psotne ogniki grające w jej oczach, upewniły Dereka, że tak naprawdę nie jest zła, a jedynie ciekawa.
   
- Mecz zakończył się wczoraj. Mama wyraziła zgodę na mój wcześniejszy powrót - powiedział, wracając do obserwowania śpiącego Stilesa.
  
- Właśnie widzę. - uśmiechnęła się kpiąco. - Tęsknił za tobą. - dodała.
  
Derek ponownie poderwał głowę i spojrzał na Laurę z zaciekawieniem. Jego serce przyspieszyło i zaczęło łomotać mu w klatce piersiowej, niemal boleśnie obijając się o żebra. Twarz rozpromieniła się w czystej radości, której nie byłby w stanie ukryć. A nawet gdyby próbował, jego zapach i tak zdradziłby wszystko.
  
- Naprawdę?

- Tak. Nie powiedział tego wprost, ale to było widać Derek. On za tobą tęsknił. Kręcił się po domu, nie mogąc sobie znaleźć miejsca i na siłę wynajdował zajęcia, byleby tylko zająć czymś ręce i myśli. A gdy już nic takiego nie znajdował, siadał na parapecie - wskazała palcem na temat rozmowy - i patrzył przez okno, pogrążając się w myślach, nie rzadko na długie godziny. I gdybym nie słyszała jego serca i oddechu, przyrzekłabym, że zamieniał się w figurę woskową - prychnęła rozbawiona.

- Mhm - mruknął jedynie, nie ufając swojemu głosowi. Odchrząknął w dłoń cicho, starając się nie obudzić przy tym śpiącego nastolatka. - A jak sprawy z szeryfem? - spytał, bojąc się tego, co miała przynieść nadchodząca rozprawa, przez którą zdecydował się wcześniej wrócić. Nie chciał żeby nastolatek przechodził przez wszystko sam, bez jego wsparcia. Stiles mógł nie mówić o tym głośno, ale wszyscy wiedzieli, że panicznie bał się ojca. Bez wsparcia i podpory, mógł ulec namowom szeryfa aby do niego wrócić. Derek nie mógł na to pozwolić. I mimo że nie był jeszcze pełnoletni, zamierzał uczynić dosłownie wszystko, żeby zatrzymać swojego partnera, a także upewnić się, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. Peter miał już okazję niezbyt miło się o tym przekonać na własnej skórze, gdy skończył z kulami zawierającymi tojad w tyłku, za umyślne straszenie Stilesa. Nie miało znaczenia, że Derek później dostał od ojca szlaban za ruszanie jego ozdobnego rewolweru. Kilkudniowe cierpienie i upokorzenie wujaszka było warte pozbawienia go miesięcznego kieszonkowego. Zwłaszcza, że po wszystkim Stiles śmiał się tak głośno i szczerze, że Derek w tamtej chwili poważnie rozważał codzienne faszerowanie Petera ołowiem z odrobiną tojadu, jeśli tylko jego partner zamierzał za każdym razem reagować tak samo. Powodując tym samym, że serce Dereka podwajało swoją objętość, a jego wilk skakał, brykał i kręcił się szczęśliwie pod jego skórą.
  
- Stiles starał się to ukryć, ale wszyscy widzieliśmy, że to nie było dla niego łatwe. Zwłaszcza, że to jego ojciec.
   
- Wiadomo już coś? - Nie potrafił ukryć lęku w swoim głosie. Bał się, że jego partner zostanie mu odebrany i zabrany gdzieś, gdzie nie będzie mógł go strzec i się o niego troszczyć.
   
- Szeryf nie zamierza tak łatwo oddać syna, ale jest na przegranej pozycji. - Uśmiech znikł z twarzy Laury, jak zawsze, ilekroć mówiła o panu Stilinskim. Derek wiedział, że jego siostra jako następczyni matki i przyszła alfa, nie mogła się pogodzić z myślą, że ktoś bezkarnie krzywdził członka ich rodziny, watahy. Nie miało znaczenia, że Stiles nie był jeszcze oficjalnie związany z Derekiem. Był dzieckiem, nastolatkiem, który zasługiwał na opiekę i miłość. Nie na piekło, które było jego życiem.
   
- Matka rozmawiała wczoraj z prawnikiem. Po zakończeniu przymusowego odwyku, szeryfa czeka kilka ładnych lat odsiadki. Prawa do opieki nad Stilesem lada dzień zostaną mu odebrane i przyznane naszym rodzicom jako tymczasowym, prawnym opiekunom. Prokurator podobno mało nie rozszarpał na strzępy szeryfa na widok zdjęć z obdukcji Stilesa.
   
- To dobrze. Należałoby mu się. Mam nadzieję, że w więzieniu dostanie to, na co zasłużył.
   
- Na pewno nie będzie mu lekko. Nawet nie chcę wiedzieć jak skazańcy traktują w pace byłych stróżów prawa. - Derek potaknął, dając znak, że rozumie.
   
- Ale co jeśli po wyjściu z więzienia będzie chciał odegrać się na Stilesie? - spojrzał przerażony na drobną postać partnera. Nie przeżyłby, gdyby znów miał go zobaczyć w tak opłakanym stanie, jak podczas ich pierwszego spotkania. Mogli obaj być uważani jeszcze za dzieciaków, ale wilk Dereka już wybrał i uznał Stilesa za swojego. Zwierzę w nim było gotowe zabić każdego, kto zagrażał ich partnerowi. I Derek w pełni się z nim zgadzał.
   
Laura prychnęła głośno, przewróciła oczami i spojrzała na niego z pobłażliwym, lekko kpiącym uśmiechem.
   
- Gdy Stilinski wyjdzie z więzienia, Stiles będzie już dawno pełnoletni. Poza tym byłabym wielce zdziwiona, gdyby w między czasie nie zmienił nazwiska na Hale. - policzki Dereka oblały się rumieńcem, na co kobieta uśmiechnęła się złośliwie. Szybko jednak na jej twarz powróciła powaga. - Będziesz jutro na rozprawie?
  
- Oczywiście, że tak - warknął oburzony, błyskając złotymi tęczówkami w stronę siostry. - To mój partner. Mogłem nie być na niego przygotowany, ale zapewniam, że kocham go z całego serca i zamierzam wspierać na każdym kroku do końca życia. I czego się głupio uśmiechasz?
  
- Wybacz - powiedziała. - Tylko tak bardzo się zmieniłeś odkąd go odnalazłeś. W życiu bym nie przypuszczała, że kiedykolwiek usłyszę z twoich ust tak pełne emocji i uczuć słowa. Poważnie Der, stałeś się zupełnie innym człowiekiem, odkąd masz Stilesa. Lubię cię takiego - dodała, nim wyszła, zamykając za sobą cicho drzwi. Zostawiając go samego, siedzącego na podłodze, obok łóżka, ze śpiącym Stilesem, tulącym się do jego dłoni, jak do żywego, pluszowego misia. I nie mógł być jej bardziej wdzięczny. Bo mógł bez krępacji zrzucić z siebie ubrania i zmienić się w wilka, który już wystarczająco długo czekał na kontakt z ich partnerem.

sobota, 25 listopada 2017

Kitty kitty Stiles - Rozdział 5

Rozdział betowała niezrównana strzalka14 :*
  
Jak się okazało Stiles nawet z kawałkiem futra nad tyłkiem i myszami zamiast mózgu nadal był geniuszem. Zaklęcie, które znalazł wyjaśniało wszystko to, co ostatnimi czasy działo się w Beacon Hills. Spełnienie dwunastu dziewic bez odbierania im niewinności, sok z granatu i pukle włosów wybranka lub wybranki, były tylko kilkoma z potrzebnych składników do wyjątkowo ohydnego zaklęcia miłosnego.

Peterowi na samą myśl wypicia takiego świństwa robiło się niedobrze. Zwłaszcza, że według receptury, włosy nie mogły pochodzić z głowy, a innego, bardziej niedostępnego miejsca.

W momencie, gdy wiedzieli już, na czym stoją i czego szukają, wyśledzenie początkującej wiedźmy nie było trudnym zadaniem. Wystarczyło wysłać kilku młodszych członków watahy po okolicznych imprezach i nakazać im mieć oczy szeroko otwarte. Co dziwne, to Scottowi udało się zlokalizować sprawczynię. Był to jednak czysty przypadek, z którego Peter zamierzał nabijać się jeszcze przez kilka następnych dni, jeśli nie tygodni. A to dlatego, że McCall nieświadomie wypił drinka przeznaczonego dla Isaaca, a ten skapnął się, że coś jest nie tak dopiero wtedy, gdy Scott zaczął nazywać go uroczą lisiczką, na co siedząca obok nich dziewczyna zerwała się z miejsca, wiejąc gdzie pieprz rośnie.

Peter miał nigdy nie zapomnieć bordowego odcienia twarzy Laheya, gdy ten przyznawał się, w jaki sposób dorwali wiedźmę i wyjaśniał powód, dla którego przytaszczył do posiadłości nieprzytomnego McCalla z sińcem na pół twarzy, który dziwnie pasował wielkością i kształtem do dłoni Isaaca. A że znak nie zdążył jeszcze zniknąć, świadczyło to tylko o tym, że Lahey musiał być naprawdę mocno wkurzony, gdy go policzkował.

Nie mniej jednak wiedźma została wytropiona i zakatrupiona. W mieście zapanował względny porządek oraz spokój taki, jaki mógł panować między watahą wilkołaków i łowcami na niewielkim kawałku terenu bez pozabijania siebie nawzajem. I wszystko byłoby pięknie, ładnie i cacy, gdyby nie jeden, mały problem.

Stiles nadal nie stał się człowiekiem. A przynajmniej nie bardziej od dnia, gdy Peter znalazł go po raz pierwszy nagiego w swoim łóżku. Wszyscy byli zaniepokojeni tym faktem, zwłaszcza szeryf, któremu wyjątkowo nie leżało mieszkanie samemu. Peter był zdania, że problem by nie istniał, gdyby ojciec Stilesa wreszcie się spiknął z Melisą i z nią zamieszkał. Jednak to nie John najgorzej znosił kotowatość Stilesa, a Derek. Alfa dostawał coraz większej paranoi, widząc kocią sierść dosłownie wszędzie. Na meblach, pod prysznicem, w muszli klozetowej, a nawet w swojej szufladzie z bielizną. I nie, Peter wcaaaale nie wiedział jak ona się tam znalazła.

Chociaż dokuczanie Derekowi i nabijanie się z tej jego kociej fobii z początku było zabawne, tak po kilku tygodniach straciło swój urok. Stałe powtarzanie tych samych kawałów i psikusów zrobiło się zwyczajnie nudne, a oglądanie wiecznie skrzywionej miny alfy codzienne i monotonne. Peter zaczynał coraz bardziej tęsknić za dawnym Stilesem. Brakowało mu przeciwnika do słownych przepychanek i sprzymierzeńca w uspołecznianiu Dereka. Co więcej kocia przylepność nastolatka zaczynała być dla niego odrobinę problematyczna, zwłaszcza, że Stiles nie był już puchatym kłębkiem futra, a młodym mężczyzną z odrobiną egzotycznych, niecodziennych dodatków i awersją do noszenia ubrań. Zwłaszcza w sypialni Petera. Nic zatem dziwnego, że starszy Hale stał się sfrustrowany i jeszcze bardziej upierdliwy niż zwykle. Jego sypialnia przestała być oazą spokoju, a stała się pokojem kusiciela w postaci nagiego nastolatka, patrzącego na niego wielkimi, mokrymi oczami i mruczącego z przyjemności ilekroć Peter go dotknął. Sesje masturbacji pod prysznicem przestały być wystarczające. Noc nie przynosiła ukojenia, gdyż zasypiał z ramionami pełnymi ciepłego, mruczącego Stilesa, wciskającego swój futrzasty tyłek w jego krocze, a wizje senne z nastolatkiem w tle potęgowały jedynie jego niesłabnącą potrzebę. Poranki stały się koszmarem, gdyż zawsze budził się przy dźwiękach mruczenia i uczucia wilgotnego języka na szyi i podbródku. Ten dzień nie był wyjątkiem. Obudził się przed budzikiem, czując ciepło i wilgoć w okolicy krtani. Ciepły język wolnymi, metodycznymi ruchami przejeżdżał po jego szyi. W powietrzu unosił się ciężki zapach jego podniecenia, który zmieszał się z odrobinę słodką i maślaną wonią sennego Stilesa. Do jego uszu dochodził cichy odgłos gardłowego mruczenia, powodując, że jęk zamarł mu na ustach. Jego pełny członek stwardniał jeszcze mocniej, a jądra uniosły się i ścisnęły boleśnie.

Peter syknął przez zęby, odwracając się na drugi bok. Zagryzł wargi i wbił paznokcie w dłoń, starając się odrobiną bólu zminimalizować podniecenie.

- Miau? - Stiles miauknął i otarł się policzkiem o jego policzek oraz bark w kociej formie przywitania.

Peter spojrzał na niego kątem oka i uśmiechnął się niepewnym uśmiechem, przeklinając się za swoją słabą samokontrolę. Jednak widok tej zarumienionej od snu twarzy, pełnych, różowych warg i błyszczących, jeszcze odrobinę sennych, orzechowych oczu był ponad jego wilkołacze siły. Jęknął boleśnie i potrzebująco, kuląc się jeszcze bardziej i odgradzając od niczego nierozumiejącego Stilesa.

- Miau? - Chłopak szturchnął go nosem w kość policzkową i oparł podbródek na jego ramieniu.

- Idź się ubrać i daj mi jeszcze spać - powiedział, zakrywając zarumienioną twarz wolną ręką w płonnej nadziei, że w ten dziecinny sposób odgrodzi się choć na chwilę od otaczającego go świata.
Peter nie był zbytnio zdziwiony, gdy w odpowiedzi usłyszał tylko zirytowane, zniesmaczone fuknięcie, po czym Stiles przylgnął do jego pleców, zarzucając na niego rękę i nogę.

Normalnie w takiej sytuacji Peter rzuciłby jakiś sarkastyczny komentarz o tym, jaką to krzyżówką kota i ośmiornicy był Stiles, ale nie tego dnia. Tego poranka nie mógł się na to zdobyć. A wszystko za sprawą boleśnie pulsującego, cieknącego członka, który za nic miał jego wrogie spojrzenia i złorzeczenia pod swoim adresem. Zrobiło się tylko gorzej w chwili, gdy Stiles zaczął go wąchać. Nozdrza nastolatka poruszały się, gdy węszył, wodząc nosem po skórze Petera.

- Co ty robisz? - zapytał niepewnie, marszcząc brwi w zamyśleniu i dezorientacji. Mars na jego czole tylko się pogłębił, gdy Stiles ściągnął z niego kołdrę i przekrzywiając na bok głowę w typowym kocim geście, popatrzył na jego fiuta jakby ten był wyjątkowo dziwnym i ciekawym zjawiskiem.

- Głupi kot - burknął Peter, naciągając na siebie ponownie kołdrę. Nastolatek tylko się na to zmarszczył, patrząc na niego obrażonym wzrokiem. Szarpnął kołdrę, zrzucając ją na podłogę, po czym ponownie spojrzał na Petera z jawnym wyzwaniem i prowokacją. Jakby oczekiwał, że Hale zaraz na niego nakrzyczy lub spróbuje wstać i podnieść przykrycie. A skąd Peter to wiedział? Niejednokrotnie przerabiali już oba scenariusze. Tego dnia jednak mężczyzna nie był w nastroju na przepychanki kończące się bitwą na poduszki, toną latającego dookoła pierza oraz wściekłymi krzykami Reyes, by przestali się seksić i dali jej spać.

- Stiles, daj mi spokój, nie dzisiaj - mruknął Peter, zarzucając poduszkę na głowę.

- Miau? - miauknął prosząco chłopak, kładąc się na nim.

- Nie.

- Miau?

- Nie.

- Miaaau.

- Powiedziałem nie. - nie zamierzał zmienić zdania.

Stiles fuknął, schodząc z niego.

- No nareszcie - burknął Peter, układając poduszkę z powrotem pod głową i wygodnie się na niej moszcząc. - No - mruknął, po czym zamarł i zesztywniał, gdy coś otarło się o jego sztywny członek. Spojrzał w dół, gdzie Stiles trącał kostkami zgiętych palców jego penisa.

- Czy możesz mi powiedzieć, co ty do jasnej... O ja pierdolę! - jego wypowiedź została brutalnie przerwana i zmieniona w jeden, przeciągły jęk, gdy Stiles polizał główkę penisa Petera, oblizując się na smak sączącej się z niego cieczy.